Dziko żyjące rodziny pszczoły miodnej: zagrożenia i nadzieje – część 1

Artykuł ukazał się w kilku częściach w miesięczniku "Pszczelarstwo".

Część 1, "Pszczelarstwo" 12/2020

Czy dziko żyjące rodziny pszczele są źródłem zagrożenia dla pasiek? Pszczoła miodna potrzebuje wolności i nie musi mieć nad sobą nadzorcy w postaci pszczelarza. Czy ma potencjał, by w czasach warrozy stworzyć dziką populację i przetrwać, a jeżeli tak, to w jakich warunkach?

W myśl ustawy z 29 czerwca 2007 roku O organizacji, hodowli i rozrodzie zwierząt gospodarskich, pszczoła miodna (Apis mellifera L.) jest zwierzęciem gospodarskim. Jej sytuacja jest jednak o tyle skomplikowana, że – w przeciwieństwie do innych zwierząt – jej chów nie może odbywać się w oderwaniu od natury. Bydło, świnie, kozy, owce, zwierzęta futerkowe, a nawet jeleniowate możemy trzymać w boksach, na fermie itd., dostarczając im niezbędnych składników odżywczych i kontrolując warunki ich życia. Daleki jestem od twierdzenia, że warunki te służą zwierzętom, uważam jednak, że w pewien sposób zabezpieczają je przed światem zewnętrznym. Pszczoły miodnej, niezależnie od stale podejmowanych prób zwiększenia nad nią kontroli nie da się oddzielić od środowiska naturalnego. Nawet, jeśli zgodzimy się, że teoretycznie byłoby to możliwe, musimy przyznać, że wówczas jej chów zupełnie straciłby sens.

W zgodzie z naturą

Pszczoły są przede wszystkim zapylaczami, muszą więc żyć tam, gdzie występują owadopylne rośliny. Izolując pszczoły, stracilibyśmy to, co im zawdzięczamy. Możemy więc tylko nadzorować (mniej lub bardziej skutecznie) siedliska pszczół. Nie jesteśmy jednak w stanie – w takim stopniu jak w przypadku innych zwierząt – kontrolować ich kontaktów z różnorodnymi gatunkami fauny i flory, w tym także z takimi, które mogą być dla pszczół szkodliwe, jak np. toksyczne rośliny, drapieżniki, pasożyty czy patogenne mikroorganizmy. Zamiast więc przenosić na pszczoły standardy chowu trzody chlewnej czy bydła (wcale nie najlepsze) powinniśmy raczej starać się szanować naturę pszczół w praktyce pasiecznej.

Gdy mój pies zachoruje, daję mu dzień–dwa na poradzenie sobie z problemem. Gdy dolegliwość nie ustępuje, zabieram go do weterynarza. Dlaczego uważam jednak, że nie jest to standard postępowania w przypadku pszczół? Właśnie z powodu ich specyfiki i nierozerwalnej więzi z naturą, a także dlatego, że muszą stale adaptować się do gwałtownych zmian środowiskowych, za które my, ludzie, w dużej mierze jesteśmy odpowiedzialni. I wreszcie dlatego, że nie jesteśmy w stanie kontrolować całego środowiska w którym pszczoły żyją, a jedynie, i to w ułomny sposób, ich sztuczne siedliska stworzone przez nas. Musimy pogodzić się także z tym, że nie da się ich całkowicie „wyleczyć” z najpoważniejszej z dręczących je chorób nomen omen – spowodowanej inwazją dręcza pszczelego.

Genialny organizm

Pszczoła miodna jest gatunkiem, który istniał na ziemi na długo przed tym, jak Jan Dzierżon wprowadził do praktyki snozy, a Lorenzo Langstroth opracował ul ramkowy. Historię gatunku mierzyć można zapewne w milionach lat, choć niektóre źródła podają, że gatunek Apis mellifera jaki znamy dzisiaj, ukształtował się kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy lat temu. Pszczoły wykształciły cechy, które pozwoliły im na skuteczną ekspansję na całym świecie. Ekotypy jednego gatunku są przystosowane do życia na suchych i gorących terenach pustynnych, na mokradłach w strefie klimatu umiarkowanego, a nawet na dalekiej północy, gdzie okres wegetacji jest bardzo krótki. Groźne patogeny i pasożyty niejednokrotnie doprowadzały rodziny pszczele do upadku, czasem ich ofiarami padały także całe lokalne populacje (lub zdecydowana większość). Wiele z tych patogenów do dziś wywołuje u pszczelarzy lęk. Tymczasem dzikie populacje pszczoły miodnej wciąż żyją w wielu regionach świata, pomimo wszelkich przeciwności losu. Nierzadko występują one obok populacji pasiecznych, które nie są w stanie przetrwać bez pomocy pszczelarza. Dziko żyjące populacje mają jednak swoje sposoby na te zagrożenia, by stawić im czoło. Czasem dzieje się tak dzięki indywidualnej odporności owadów, czasem dzięki jakiemuś czynnikowi środowiskowemu, czy po prostu dlatego, że poszczególne rodziny pszczele funkcjonują w izolacji... Można ufać, że organizm tak plastyczny jak pszczoły miodnej, wyposażony w tak wiele mechanizmów obronnych, poradzi sobie z każdym problemem.

Wiele osób traktuje dziko żyjące rodziny pszczele jako zagrożenie i potencjalne siedlisko patogenów. Spore grono pszczelarzy, w tym naukowców, uważa jednak, że prawdziwym zagrożeniem dla populacji pszczół są pasieki wykorzystujące materiał hodowlany pozyskany z całkowitym pominięciem selekcji naturalnej. Taką opinię podziela np. niemiecki naukowiec, Torben Schiffer czy przedstawiciele Natural Beekeeping Trust z Wielkiej Brytanii z Jonatanem Powellem na czele, który zajmuje się programami przywracającymi pszczoły naturze (tzw. rewilding projects). Podobne wnioski nasuwały się po podczas spotkań panelowych na konferencji w Holandii, poświęconych dzikim pszczołom („Pszczelarstwo”, 3/2019).

Nieopowiedziana historia

Jednym z podstawowych źródeł informacji o dziko żyjących rodzinach jest najnowsza książka prof. Thomasa Seeley’a The Lives of Bees. The Untold Story of the Honey Bee in the Wild (Życie pszczół. Nieopowiedziana historia pszczoły miodnej w naturze – tłum. B.M). Autor szczegółowo przedstawia w niej między innymi koncepcję pszczelarstwa darwinistycznego [por. „Pszczelarstwo” nr. 7–10 2019 – red.]. Była to dla mnie pasjonująca lektura. Uważam, że autor pokazuje wiele problemów pszczół i pszczelarstwa w zupełnie nowym świetle. To publikacja dla wszystkich pszczelarzy, zwłaszcza tych, którzy uważają, że pszczoła miodna nie jest w stanie poradzić sobie bez człowieka. To bodaj pierwsza próba zbadania jak pszczoła miodna funkcjonuje poza pasieką, ulami, bez ingerencji pszczelarza. Warto spojrzeć na dziko żyjące rodziny pszczele nie tylko jako źródło inwazji roztoczy i siedlisko bakterii zgnilca, ale przejaw piękna i potęgi przyrody, która przetrwała wiele kataklizmów…

Profesor Seeley przedstawia w najnowszej książce badania nad dziko żyjącymi rodzinami pszczelimi - fot. B. Maleta

Dzika populacja

Mam wrażenie, że najczęściej boimy się tego, co jest nieznane, albo czego nie możemy kontrolować. Większość pszczelarzy uważa, że dziko żyjące rodziny pszczele są źródłem zagrożenia tzw. reinwazją dręcza pszczelego oraz przenoszonych do pasiek patogenów, a zwłaszcza bakterii Paenibacillus larvae, wywołującej zgnilca amerykańskiego. Z moich doświadczeń wynika jednak, że zgnilec amerykański jest chorobą paraliżującą nie tyle pszczoły, co… pszczelarzy. Wywołuje u nich irracjonalny lęk, który powstrzymuje wiele cennych i wartościowych inicjatyw, mogących służyć długofalowej poprawie sytuacji, takich choćby jak wieszanie barci w lasach. Nie neguję przy tym zjadliwości bakterii, które wywołują chorobę o wysokiej zakaźności. Prześledźmy w sposób racjonalny przyczyny i skutki rozwoju zgnilca.

Ci sami pszczelarze (jest ich większość), którzy w dziko żyjących rodzinach widzą źródło wszelkiego zła, negują też nie tylko istnienie stabilnej, dzikiej populacji, ale w ogóle zdolność pszczół do jej stworzenia w świecie zdominowanym przez dręcza pszczelego. Mówiąc o „dzikiej populacji” mam na myśli odrębną genetycznie i zdolną do samopodtrzymania grupę pszczół, żyjącą na określonym zwartym obszarze, natomiast mówiąc o „dziko żyjących rodzinach pszczelich” mam na myśli takie rodziny, które żyją bez nadzoru pszczelarzy. Uważam, że na świecie istnieje o wiele więcej dziko żyjących rodzin, niż powszechnie się uważa. Pytanie brzmi: czy mają one potencjał, by przetrwać i stworzyć dziką populację, a jeżeli tak, to w jakich warunkach?

Wydaje się, że powstaniu dzikiej populacji sprzyjają dwa warunki: względnie małe zagęszczenie pszczół hodowlanych i duża dostępność potencjalnych siedlisk. Zatem na większości obszarów Polski, a może i całej Europy kontynentalnej prawdopodobieństwo samoistnego powstania (wbrew działaniom człowieka) oraz przetrwania dziko żyjącej populacji nie jest wielkie, ale nie jest też zerowe. Nie mam bowiem wątpliwości, że praktyka pszczelarska (świadomie albo nie) przeciwdziała powstaniu takiej populacji, głównie z powodu przyjętego kierunku selekcji pszczół.

Powstaniu takiej populacji nie sprzyjają także np. polityka rolna, leśna, urbanizacyjna, które prowadzą do systematycznego ograniczania liczby dostępnych dzikich siedlisk. Często więcej drzew dziuplastych znajdziemy w niewielkich parkach miejskich niż na znacznie większych obszarach lasów gospodarczych, które przy tym bywają dość ubogie w pokarm dla zapylaczy i nierzadko stają się po prostu monokulturowymi plantacjami drzew. Według statystyki – o ile odzwierciedla ona rzeczywistość – drzewostan lasów powoli się starzeje, a ich bioróżnorodność wzrasta. Od pewnego czasu mówi się też o potrzebie pozostawiania w lesie drzew dziuplastych. Tymczasem w rozmowach z leśnikami pobrzmiewa sceptycyzm, wygląda więc na to, że w praktyce dużo zależy od dobrej woli i przekonań administratorów. Najwidoczniej starsze drzewo dziuplaste jest dla leśników tym, czym dziko żyjąca rodzina pszczela dla pszczelarzy.

Źródła zakażenia

Przyjmujmy na chwilę roboczą hipotezę, że źródłem „zarazy” są dziko żyjące rodziny pszczele, które uciekły z pasiek i nie mając zdolności do samodzielnego życia, giną, stanowiąc potencjalne zagrożenie. Jeśli zatem pszczelarze obawiają się dziko żyjących rodzin, powinni hodować takie pszczoły, które nie będą stanowiły zagrożenia, gdy uciekną im z ula. Problem wydaje się prosty teoretycznie, niemniej jednak jego rozwiązanie jest wyjątkowo trudne w realizacji.

Dziko żyjąca rodzina pszczela zamieszkująca dziuplę w dębie, Milanówek k. Warszawy - fot. B. Maleta

Nie dostrzegam zagrożenia w dziko żyjących rodzinach, nawet jeżeli nie mają one zdolności, by ograniczyć populację dręcza. Uważam, że oddziaływanie dziko żyjącej rodziny pszczelej na inne (nawet mającej kłopoty zdrowotne) jest znikome (choćby z uwagi na odległość), a statystyczny wpływ takiej rodziny na populację ginie w gąszczu innych zagrożeń, jakie niosą pszczoły masowo trzymane w pasiekach w tzw. nowoczesnej gospodarce. Warto wsłuchać się w głosy przedstawicieli środowiska naukowego, wspierające tę tezę, choć uważam, że ciągle mówi się o tym zbyt mało.

Podczas badań monitoringowych prowadzonych na terenie Polski, przetrwalniki P. larvae wykryto w kilkudziesięciu procentach pasiek. Jesienią 2019 roku, goszcząc w Uppsali, w laboratorium Szwedzkiego Uniwersytetu Rolniczego, które zajmuje się badaniem pszczół pod kątem obecności bakterii wywołujących zgnilca amerykańskiego, dowiedziałem się, że dzięki konsekwentnie stosowanym procedurom weterynaryjnym skalę występowania choroby udało się w Szwecji znacząco ograniczyć. Stosowane metody nie obejmowały jednak dziko żyjących rodzin pszczelich.

Moim zdaniem problem tkwi bowiem w pasiekach, a nie dziuplach. Warto zwrócić uwagę, że obecność bakterii P. larvae nie oznacza, że w rodzinie pszczelej wystąpią objawy kliniczne choroby. Wielu pszczelarzy (w tym Michael Bush z USA) uważa, że bakterie P. larvae są w każdym ulu. Problem związany ze zgnilcem amerykańskim jednak stale rośnie. Czyżby zatem liczba dziko żyjących rodzin pszczelich tak bardzo się zwiększała? Raczej nie, liczba dziko żyjących rodzin jest względnie stała.

Pszczeli ekosystem

W roku 2019, kiedy wykryto wyjątkowo dużo ognisk choroby, wojewoda małopolski wydał rozporządzenia w sprawie zwalczania zgnilca amerykańskiego pszczół, dotyczące kilkunastu powiatów ziemskich i grodzkich (oczywiście ustalenia obszarów zapowietrzonych nie dotyczyły całych powiatów, ale ich wydzielonych części). Rok 2020 okazał się pod tym względem znacznie mniej dramatyczny (przynajmniej w Małopolsce). Ale problem wciąż istnieje. Moim zdaniem jego przyczyn upatruje upatruje się jednak tam, gdzie go nie ma. Uważam, że dziko żyjące rodziny pszczele w tej sytuacji stały się kozłem ofiarnym. Proponuję spojrzeć na sprawę od strony ewolucji i adaptacji pszczół, skończyć walkę z naturalnymi zjawiskami w przyrodzie. Problem narasta z powodu postępującego oddalania się pszczelarstwa od natury w ciągu ostatnich dekad (np. wyjałowienie środowiska pszczół, wykorzystywanie detergentów przy produkcji węzy).

Za każdym razem, gdy ktoś przekonuje mnie do zasadności częstego dezynfekowania uli, palenia ramek co 2–3 sezony, czy tzw. „wapnowania” pasieki, ze zdziwieniem pytam, czy naprawdę wierzy, że usunie wszystkie groźne mikroorganizmy. Jeżeli nawet mu się to uda, te znów się tam pojawią. Uważam, że takie działania prowadzą jedynie do zaburzenia procesu budowania równowagi mikro-ekosystemu i ten proces będzie musiał tworzyć się od nowa. Wyobraźmy sobie zaorane pole, na którym zaczynają się pojawiać różne organizmy. Jeżeli zostawimy ziemię w spokoju, po jakimś czasie powstanie tam jakiś względnie zrównoważony ekosystem (łąkowy, stepowy, bagienny, leśny) w zależności od regionu, klimatu, fauny i flory. Nie można wykluczyć, że na początku zostanie on zdominowany przez organizmy inwazyjne, ale z czasem równowaga wróci. Wysiłki pszczelarzy polegające na czyszczeniu i dezynfekowaniu uli i narzędzi itd. można porównać do corocznego orania takiego pola. Trudno zatem się dziwić, że stale wyrasta tam perz: ekosystem łąkowy czy tym bardziej leśny nie są w stanie się tam wykształcić.

Bomba roztoczowa

Innym problemem jest tzw. „bomba roztoczowa” (mite bomb, varroa bomb). Pszczelarze, którzy nie walczą z inwazją Varroa, podchodzą do tego zjawiska z dużym dystansem, a większość z nich w ogóle w „bombę” nie wierzy. Nie dlatego, że nie tracą pszczół, choćby okresowo. Wręcz przeciwnie, czasem przyznają nawet, że w niektórych przypadkach przyczyną śmierci ich pszczół jest porażenie roztoczami; negują jednak wpływ „bomby” na inne rodziny pszczele. Uważają, że jedna rodzina ginie , ale inne (obok) mają się dobrze, choć – zapewne – nie są one wolne od dręcza. Nie wykluczają przy tym, że porażenie Varroa może okresowo się nasilać. „Roztoczowa bomba” polega na tym, że rodzina pszczela, która ginie, jest rabowana, co powoduje, że zarówno dręcz, jak patogeny w dużych ilościach zostają przenoszone do innych uli. Tak infekowane rodziny najczęściej umierają, zarażając kolejno inne.

Dlaczego zatem niektórzy z pszczelarzy „nieleczących” negują istnienie „bomby roztoczowej”? Należę do tych, którzy nie mają wątpliwości, że takie zjawisko istnieje. Wielokrotnie opisali je praktycy i badacze. Nie mogę też wykluczyć, że takie „bomby” pokonały niektóre z moich rodzin. Uważam jednak, że zjawisko masowo dotyka tylko te rodziny, które są pozbawione zdolności obronnych. Rodziny, które wykazują odporność lub tolerancję na dręcza najwyraźniej nie rabują intensywnie innych, blokują porażonym pszczołom wstęp do uli, szybko minimalizują ryzyko następnego porażenia (tzw. „roztoczowa czarna dziura”) lub też w jakiś inny sposób ograniczają prawdopodobieństwo negatywnych skutków „bomby”, wykazując np. zwiększoną tolerancję na pasożyta. Zjawisko nie powoduje zatem zauważalnych skutków dla reszty pasieki.

Kierunki selekcji

Nie mam nic przeciwko dziko żyjącym rodzinom w sąsiedztwie. Bardziej obawiam się pasiek, w których używa się dużych ilości chemii i nie stosuje selekcji pszczół w kierunku wzmocnienia ich odporności na choroby. Pszczelarze martwią się jednak o swoje rodziny, bo sami mówią, iż one są przecież selekcjonowane po to, żeby „przyniosły miód nawet spod ziemi także w okresach dziur pożytkowych”. Są świadomi tego, że brak nektaru lub spadzi może oznaczać rabowanie każdej słabnącej rodziny w okolicy – niezależnie od przyczyny jej słabnięcia.

Od lat namawiam, by wspierać pszczoły w budowaniu ich odporności, na każdej płaszczyźnie, zaczynając od przyjęcia właściwego kierunku selekcji. Powinniśmy dążyć do tego, aby nasze pszczoły były odporne i zdrowe i nie wymagały kuracji toksycznymi substancjami lub żrącą chemią. Być może wtedy pszczelarze przestaną się obawiać swoich własnych rójek, które żyją w dzikich gniazdach.

Roger Patterson, doświadczony brytyjski pszczelarz-praktyk, przez kilkadziesiąt lat zajmował się m.in. usuwaniem dziko żyjących rodzin pszczelich w West Sussex na południu Anglii. Łącznie było ich kilkaset, ale jego zdaniem nawet w starych, czarnych plastrach nigdy nie znalazł objawów klinicznych zgnilca amerykańskiego. Sporadycznie napotykał rodziny chore na grzybicę wapienną, ale we wszystkich przypadkach była to bardzo łagodna postać choroby. Patterson uważa, że rodziny chore i nieprzystosowane bardzo szybko eliminowane są na drodze selekcji naturalnej. Wynika stąd, że bezpośrednia przyczyna śmierci pszczół nie przenosi się na te dziko żyjące, skoro są one zdrowe.

CDN

Część 1, "Pszczelarstwo" 12/2020

Bartłomiej Maleta, grudzień 2020