DZIESIĘĆ LAT PRACY Z PSZCZOŁAMI BEZ ZWALCZANIA DRĘCZA PSZCZELEGO - Łukasz Łapka
Artykuł ukazał się w sierpniowym numerze miesięcznika "Pszczelarstwo" (08.2025).
Czy możliwy jest powrót do czasów, kiedy utrzymywanym przez człowieka pszczołom nie aplikowano żadnych substancji leczniczych? Czy zaniechanie stosowania leków na rzecz podejmowania innych działań wystarczy? Wydaje się, że wciąż nie można w jednoznaczny sposób odpowiedzieć na te pytania.
tekst: ŁUKASZ ŁAPKA,
pszczelarz hobbysta – propagator pszczelarstwa przyjaznego pszczołom; prowadzi własną pasiekę na zasadach pszczelarstwa naturalnego
Rozbudowaną wersję artykułu, a także inne teksty Łukasza znajdziecie na jego blogu: llapka.blogspot.com
Gdy zacząłem poznawać świat pszczół, nie sądziłem, że pszczelarstwo pochłonie mnie tak bardzo. W początkowym okresie rodziny pszczele leczyłem akarycydami, które stosowałem zgodnie z zaleceniami zamieszczonymi na ulotkach leków weterynaryjnych. Nie zastanawiałem się wówczas, czy można postępować inaczej i czy te zabiegi zawsze są pszczołom potrzebne. Jednak w miarę poszerzania wiedzy i zdobywania doświadczenia pojawiły się wątpliwości.
Kilka lat temu po raz pierwszy usłyszałem o pszczelarzach, którzy pszczół nie leczą lub robią to w bardziej świadomy sposób. W 2015 roku postanowiłem kierować się w swojej pasiece prostą zasadą: utrzymuję jedynie te rodziny, które z inwazją pasożyta Varroa destructor poradzą sobie same. Od podjęcia tej decyzji minęło 10 lat, dlatego chciałbym podzielić się z Czytelnikami doświadczeniami, jakie zdobyłem w tym czasie.
Zacznę od tego, że uzyskanie pszczół, które nie wymagają intensywnych zabiegów chemicznych jest możliwe dzięki zastosowaniu różnych rozwiązań. Możemy zupełnie zrezygnować z wykonywania zabiegów (we wszystkich rodzinach) lub pozostawić bez leczenia część rodzin, a w pozostałych wykonać zabiegi przeciwwarrozowe, ewentualnie stosować leczenie interwencyjne przy równoczesnym podjęciu selekcji pszczół spośród tych rodzin, które radzą sobie najlepiej (poprzez leczenie rozumiem stosowanie wyłącznie naturalnych substancji organicznych, takich jak kwasy czy olejki eteryczne, wykonanie prostych zabiegów, jak np. opylanie pszczół cukrem pudrem oraz zabiegów prowadzących do uzyskania stanu bezczerwiowego w rodzinach). Niezależnie od wyboru drogi dojścia do tego celu niezbędne jest przestrzeganie podstawowych zasad, które warunkują zdrowie pszczół: utrzymywanie pszczół przystosowanych do lokalnych warunków środowiskowych, zapewnienie im naturalnego i czystego środowiska ulowego (wosk bez zanieczyszczeń) oraz stałego dopływu naturalnego pożytku nektarowego i zróżnicowanego pożytku pyłkowego.
Stawiając pierwsze kroki w pszczelarstwie określanym jako naturalne, podążałem ścieżkami utartymi przez Dee i Eda Lusby, jedne z pierwszych osób w USA, które skierowały się w stronę pszczelarstwa bez leczenia (treatment-free beekeeping – TF). Uważa się, że to jedyni pszczelarze zawodowi, którzy nigdy nie zastosowali żadnych chemicznych środków roztoczobójczych. Według nich, aby przyjęcie takiego rozwiązania mogło zakończyć się sukcesem, niezbędne jest podjęcie także innych działań: używanie plastrów pszczelich z małymi komórkami (4,9 mm), czyli zbliżonych wielkością do komórek budowanych przez dziko żyjące rodziny pszczele; zapewnienie pszczołom odpowiedniej ilości naturalnego pokarmu (miód, pierzga) i pozbawionego zanieczyszczeń środowiska ulowego oraz chów pszczół uzyskanych w wyniku naturalnej selekcji.

Przekonany o słuszności tych założeń zacząłem przekształcać swoją gospodarkę pasieczną. Dzięki możliwościom, jakie stworzył Internet, łatwiej można było dotrzeć do osób, które miały podobne podejście do prowadzenia gospodarki pasiecznej i wiarę, że pszczoły będą mogły żyć w pasiekach bez stosowania leków. W wyniku licznych dyskusji prowadzonych na portalach społecznościowych powstało wówczas Stowarzyszenie Pszczelarstwa Naturalnego „Wolne Pszczoły”. Byłem jednym z jego założycieli. Inicjatywa ta miała za zadanie promować inne spojrzenie na pszczelarstwo, uczyć i informować o projektach, których celem był chów pszczół zdolnych do życia z dręczem pszczelim bez kuracji chemicznych. Wspominam o tym, ponieważ właśnie wtedy całkowicie zaprzestałem używania preparatów przeciwwarrozowych. Pamiętam też jeden z wykładów prof. Krzysztofa Olszewskiego z tamtego okresu, podczas którego stwierdził: „w obecnej sytuacji, a więc przy wadach bazy pożytkowej, rosnącej oporności roztoczy Varroa na leki, zwiększonej chorobotwórczości tych roztoczy na skutek przenoszenia wirusów oraz nie w pełni zdiagnozowanym wpływem innych negatywnych czynników, nie do przecenienia jest opieka nad właściwym przebiegiem rozwoju jesiennego rodzin pszczelich połączona ze zwalczaniem warrozy. Tak dalece zmieniliśmy środowisko oraz same pszczoły na skutek pracy hodowlanej, że dziś ich przetrwanie zależy tylko od nas”.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, czy moje pszczoły, będą w stanie przeżyć i w miarę normalnie funkcjonować bez leczenia, spełniając swoją gospodarczą rolę. Chciałbym napisać, że dzisiaj wiem już wszystko. Jednak mimo dużego doświadczenia w pracy z nieleczonymi pszczołami, na niektóre pytania wciąż nie znam odpowiedzi.
LOKALIZACJA PASIEKI – BAZA POŻYTKOWA I NAPSZCZELENIE

Odpowiednia lokalizacja pasieki odgrywa bez wątpienia decydującą rolę w procesie tworzenia stabilnej populacji pszczół, która nie będzie wymagała leczenia. W ciągu ostatnich 15 lat moje pszczoły korzystały z ośmiu pasieczysk, a obecnie stacjonują na sześciu: dwa pasieczyska znajdują się w lesie, kolejne dwa położone są na skraju lasu, a pozostałe na terenie rolniczym. Zróżnicowana lokalizacja czterech głównych pasiek (rodziny przebywają tam stale) pozwala mi ocenić wpływ środowiska (bazy pokarmowej i napszczelenia terenu) na przeżywalność pszczół.
Pierwsza przyleśna pasieka (nr 1) nie jest zbyt zasobna w rośliny pożytkowe, ale występuje tu spadź jodłowa. Napszczelenie terenu jest bardzo duże – ok. 500 rodzin pszczelich w promieniu 2 km. Pasieka nr 2 usytuowana jest na terenie rolniczym z dość typową roślinnością (drzewa owocowe, rzepak, ale także lipy). W pobliżu stacjonuje ok. 200 rodzin. Kolejna pasieka (nr 3) również położona jest na skraju lasu. Główny pożytek zapewniają pszczołom drzewa owocowe, rzepak i spadź jodłowa, a wokół utrzymywanych jest ok.100 rodzin pszczelich. W pobliżu czwartej (nr 4), typowo leśnej pasieki posiadającej dobrą bazą pożytkową stacjonują nieliczne rodziny.
Po przeanalizowaniu danych zebranych w ciągu dziewięciu sezonów pszczelarskich (bez zabiegów zwalczania dręcza pszczelego) stwierdziłem, że rodziny najlepiej zimują w pasiece przyleśnej (nr 3) i leśnej (nr 4) – przeżywa tam ok. 54–56 proc. zazimowanych rodzin. Zdecydowanie gorzej rodziny zimują w miejscach o dużym napszczeleniu, w których pszczoły nie mają zapewnionego stałego dostępu do naturalnego pokarmu. W pierwszych dwóch pasiekach (nr 1 i 2) przeżywalność rodzin wynosi odpowiednio 30 i 48 proc. Warto również wspomnieć o latach najgorszych i najlepszych. W 2020 roku, w obydwu pasiekach żadna rodzina pszczela nie przetrwała do wiosny, natomiast w 2019 roku w jednej z nich przeżyły wszystkie. W latach, kiedy pożytek był okresowo intensywny lub umiarkowany, ale stały, rodziny zimowały zdecydowanie lepiej (przeżywało nawet 70 proc.).

Kolejnym ważnym czynnikiem, powiązanym z lokalizacją pasieki, jest materiał genetyczny pszczół utrzymywanych w okolicy i liczba rodzin pszczelich stacjonujących w promieniu ok. 2 km. Im wyższe napszczelenie, tym wyższe prawdopodobieństwo kojarzenia się matek z obcymi trutniami, pochodzącymi z pasiek, gdzie utrzymuje się pszczoły o cechach istotnych dla chowu komercyjnego. W wyniku tego moje pszczoły, które z roku na rok wykształcają cechy niezbędne do współistnienia z dręczem pszczelim, mogłyby je szybko utracić lub u przyszłych pokoleń wpływ genów warunkujących pojawienie się tych cech uległby osłabieniu. Z tego powodu zdecydowałem, że większość nowo utworzonych rodzin z młodymi nieunasienionymi matkami będę ustawiał na pasieczyskach, gdzie napszczelenie jest najmniejsze. Uznałem, że takie rozwiązanie będzie optymalne i przyczyni się do poprawy kluczowych cech odpornościowych pszczół utrzymywanych przeze mnie. Jak bowiem wynika z badań naukowych trutnie co roku gromadzą się w tych samych miejscach, przy czym nie musi to być teren otwarty, często ich obecność obserwowano nad koronami drzew. Obszar kongregacji trutni ma zazwyczaj średnicę około 100 m i w danej chwili jest tam przeważnie mniej niż 100 osobników. Odległość punktów kopulacyjnych od uli zwykle nie przekracza 800 m. Przypuszcza się, że trutnie trzymają się blisko pnia zasobnego w pokarm i nie podejmują ryzyka dalszych lotów, jeśli w okolicy matki wylatują na loty godowe. Dodatkowo, w pasiekach leśnych prawdopodobieństwo skojarzenia się matek z trutniami z rodzin dziko żyjących jest znacznie większe. Badania prowadzone w zalesionych regionach Niemiec dowiodły, że występowanie dziko żyjących pszczół w lasach jest normą, a nie wyjątkiem (ubolewam nad brakiem takich badań w kompleksach leśnych na terenie Polski). Z tego też względu staram się tworzyć nowe rodziny w czerwcu, ponieważ rozwój biologiczny dziko żyjących rodzin jest nieco późniejszy niż komercyjnych. W tym okresie moje rodziny także osiągają największą siłę i dojrzałość biologiczną, gdyż z racji prowadzenia gospodarki bezwęzowej nie są w żaden sposób ograniczane i wychowują dużo trutni. W czerwcu, w leśnej pasiece stacjonuje od 10 do 30 w pełni rozwiniętych rodzin pszczelich, uzyskanych w wyniku naturalnej selekcji w poprzednich sezonach. Są to zarówno rodziny mateczne, jak i ojcowskie, co gwarantuje obecność odpowiedniej liczby trutni.
Na podstawie wyników uzyskanych podczas dziesięcioletniej selekcji pszczół miodnych w Kanadzie, można wnioskować, że wśród trutni, które kojarzą się z matkami duży udział stanowią trutnie z rodzin ustawionych na pasieczysku. Podczas tych badań stwierdzono, że 10 rodzin ojcowskich, znajdujących się w odległości 1,2 km od miejsca stacjonowania rodzin z nieunasienionymi matkami, zapewniło unasienienie pożądanymi trutniami 83–93 proc. młodych matek. Jeszcze lepsze wyniki uzyskała grupa hodowlana pszczoły Buckfast Flevo z Holandii. Podczas prowadzonych przez nich testów w miejscu kopulacji stacjonowało piętnaście rodzin ojcowskich, z których każda miała sześciokrotnie większą liczbę trutni niż inne rodziny w okolicy. Dzięki specjalnemu przygotowaniu rodzin ojcowskich (duża liczba trutni) w miejscach ich gromadzenia się stosunek pożądanych, rasowych trutni do trutni obcych wynosił nawet 300:1, co gwarantowało unasiennianie pożądanymi trutniami 97 proc. matek. Naukowcy uważają, że młoda matka, która może latać na duże odległości, nie będzie w stanie dalej polecieć, gdy obszar w pobliżu miejsca kopulacji będzie wysycony trutniami. Uważam zatem, że w warunkach leśnej pasieki trutnie wyhodowane w mojej pasiece mają dominujący udział w unasienianiu młodych matek, co przekłada się na przekazywanie im pożądanych genów.
ŚRODOWISKO ULA
Wybór ula to kwestia indywidualnych upodobań. Ja zdecydowałem się na ule wykonane z drewna sosny wejmutki – jednościenne skrzynki na ramkę szeroko-niską – lekkie i wygodne. Dadanowskie leżaki stanowią już jedynie ozdobę pasieki. Dużo ważniejszą kwestią od rodzaju ula są jednak plastry. Przez pierwsze dwa sezony pracy z pszczołami używałem dostępnej na rynku węzy o standardowych wymiarach komórek. Przejście na gospodarkę naturalną wiązało się z wprowadzeniem do rodzin węzy z czystego wosku, a gdy postanowiłem używać plastrów z mniejszymi komórkami (4,9 mm) zacząłem ją sam wyrabiać. Do tego celu używałem silikonowej praski. Początkowo miałem problemy z pozyskaniem niezbędnej ilością wosku. Niedobory uzupełniałem, kupując wosk od znajomych pszczelarzy, ale praktycznie już po pierwszym sezonie produkcji własnej węzy byłem w stanie wygospodarować ilość wystarczającą na kolejny sezon.
Nie będę przytaczał wyników badań dotyczących zanieczyszczeń fizycznych i chemicznych wosku pszczelego, problem ten jest powszechnie znany, dlatego stosowanie węzy wytworzonej z własnego wosku uważam za kluczowe dla detoksykacji wewnętrznego środowiska życia pszczół. Sądzę, że używanie węzy z czystego wosku jest zdecydowanie ważniejsze niż rozmiar komórki pszczelej.
Wprowadzanie węzy z komórką 4,9 mm rozpocząłem od nowo tworzonych rodzin, ale dostawały ją również rodziny produkcyjne. Proces ten nie przebiegał zupełnie bezproblemowo, szczególnie w silnych rodzinach produkcyjnych. Mimo to susz z komórkami 5,4 mm usunąłem z rodzin w ciągu dwóch sezonów.
Dlaczego zdecydowałem się na komórkę 4,9 mm? Uważam, że małe komórki stymulują instynkt higieniczny wygryzających się z nich pszczół, a cechy sprzyjające ograniczeniu inwazji Varroa są u nich niezwykle pożądane, szczególnie w przypadku prowadzenia naturalnej gospodarki pasiecznej. Warto pamiętać, aby przy poddawaniu pszczołom węzy z mniejszą komórką wstawiać także kilka pustych ramek, lub ucinać róg węzy, po to, by pszczoły miały co najmniej 10–15 proc. wolnego miejsca na dziką zabudowę.
Obecnie nie używam już węzy. Jakie były powody tej decyzji? Przede wszystkim niechęć do drutowania ramek, ale też uznanie prawa pszczół do decydowania o swoim rozwoju. Ramka szeroko-niska też ułatwiała pracę na dzikiej zabudowie. Teraz moje pszczoły mogą budować takie komórki, jakich potrzebują. Ten sposób gospodarki ma także inne zalety, m.in. możliwość pozyskania większych ilości wosku, którego nie muszę już przerabiać na węzę. Po dwóch, trzech sezonach stosowania węzy z komórką 4,9 mm pszczoły same zaczęły (bez węzy) budować plastry z komórkami o wymiarach od 4,6 do 5,2 mm, a to wystarczy, aby uaktywnić drzemiące w nich instynkty higieniczne potrzebne do skuteczniejszego ograniczania inwazji dręcza.
MATERIAŁ GENETYCZNY
Kiedy rozpoczynamy przygodę z pszczołami zazwyczaj najważniejsze jest pozyskanie własnego miodu i utrzymanie pszczół przy życiu. Z czasem ważne stają także inne aspekty chowu pszczół.

Jeszcze dziesięć lat temu bardzo rzadko pojawiały się informacje o tym, że jakaś rasa czy linia pszczół może lepiej radzić sobie z dręczem pszczelim. Doświadczeni pszczelarze podpowiadali czasami, że najkorzystniej jest utrzymywać pszczoły dostosowane do lokalnych warunków środowiskowych. W latach 2012–2014 sprowadziłem do swoich pasiek sporo pszczół z różnym materiałem genetycznym selekcjonowanym wstępnie w kierunku oporności na inwazję dręcza pszczelego, wykazującego zachowanie higieniczne skierowane na eliminację pasożyta. Były to pszczoły z niemal całej Europy: środkowoeuropejskie ze Szwecji, Buckfast z Danii, Niemiec i Cypru, a także Elgony i „krainki” z Austrii. Uzyskane od tych matek potomstwo oceniałem pod względem zdolności do ograniczania inwazji dręcza pszczelego i wybierałem pszczoły, które – jak wówczas sądziłem – miały większe szanse na przetrwanie. Z czasem przekonałem się, że nie zawsze przekładało się to na większą przeżywalność czy lepszą kondycję rodzin pszczelich. Okazało się bowiem, że niektóre pszczoły wyróżniające się niskim poziomem porażenia przez Varroa, czy szybkim usuwaniem zamarłego czerwiu, świadczącymi o ich wysokiej higieniczności, nie zawsze przeżywały zimę. Oznaczało to, że pszczoły, które potrafiły w swoim pierwotnym środowisku egzystować mimo obecności roztocza, po przeniesieniu w nowe miejsce nie radzą sobie równie dobrze. Podczas przełomowego sezonu zazimowałem 61 rodzin pszczelich, które stanowiły mieszankę lokalnego materiału genetycznego i tego sprowadzonego, a ponieważ był to pierwszy sezon, w którym nie używałem leków, spodziewałem się dużych strat (zgodnie z doświadczeniami innych zagranicznych pszczelarzy). Wiosna potwierdziła te obawy – straciłem bardzo dużo rodzin. Wiedziałem jednak, że te, które przeszły przez to pierwsze sito selekcyjne będą cennym materiałem do dalszej selekcji. Postanowiłem ocenić oporność na inwazję dręcza każdej z 12 ocalałych rodzin oraz określić ich przynależność rasową (na podstawie pomiarów skrzydeł pszczół robotnic wykonanych za pomocą programu IdentiFly). W kolejnych latach 2016–2024 zbadałem próbki pszczół pobranych ze 142 rodzin (tabela z wynikami w pliku pdf).
Okazało się, że wśród rodzin, które przeżywają zimę dominują pszczoły rasy Apis mellifera mellifera. W pierwszym roku badań udział czysto rasowych pszczół A. m. mellifera i ich krzyżówek wyniósł ok. 60 proc., a w kolejnych sezonach 75; 70; 74; 100; 93; 93; 93 i 92 proc. Ogółem, w ciągu wszystkich sezonów, w których prowadziłem ocenę, rodziny z czysto rasowymi pszczołami A. m. mellifera stanowiły ok. 40 proc., a od 2022 roku ich udział wzrósł do 66 proc. Co ciekawe, nieliczne były rodziny z pszczołą Apis mellifera carnica, natomiast znaczny udział stanowiły pszczoły w typie Buckfast. Czy przewaga pszczół środkowoeuropejskich w moich pasiekach jest dziełem przypadku? Nie, ponieważ uważam, że te pszczoły lepiej się przystosowały do lokalnych warunków, w szczególności leśnych. Świetnie radzą sobie z zagrożeniami i jak zaobserwowałem, potrafią racjonalnie gospodarować zapasami – w okresach niedoboru pożytku ograniczają czerwienie matek. Poza tym podejrzewam, że być może w okolicy żyje dzika populacja tych pszczół, która w pewnym stopniu wzbogaca genetyczną pulę moich rodzin. Obecność dzikich pszczół w okolicy może być nie tylko wsparciem dla naszych pasiek, ale i dowodem na to, że lokalne ekosystemy wciąż kryją w sobie potencjał, który warto badać i chronić.

ZAMIAST LEKÓW
Zanim całkowicie zrezygnowałem ze stosowania akarycydów przez dwa kolejne sezony do zwalczania dręcza stosowałem tymol krystaliczny. Niektórzy pszczelarze nie stosują takiego okresu przejściowego, natomiast ja jestem zwolennikiem stopniowego ograniczania zabiegów. Uważam, że przez dwa lub trzy sezony, można stosować jedynie naturalne środki lecznicze (zawierające substancje występujące w przyrodzie, np. kwasy organiczne, olejki eteryczne, tymol). Na rynku dostępnych jest wiele takich produktów. Do stosowania tymolu przekonała mnie lektura tekstów Erika Österlunda. Okresowo używałem też kwasu mlekowego, który uważany jest za najmniej szkodliwy dla pszczół.
Poza wspomnianymi zabiegami można także przeprowadzić tzw. leczenie interwencyjne. Nie stosowałem tego rozwiązania, ponieważ nie potrafiłem stwierdzić, które rodziny powinny z niego skorzystać. Problematyczny jest bowiem brak jasnych kryteriów wg których rodziny typujemy do leczenia. Przykładowo Erik Österlund obserwował martwe pszczoły przed wylotkami i w sytuacji, gdy stwierdzał dużą liczbę pszczół porażonych wirusem zdeformowanych skrzydeł (DWV) stosował lek, a w kolejnym roku w tych rodzinach wymieniał matki. Metoda ta nie jest zbyt doskonała. Kierowanie się stopniem porażenia pszczół przez Varroa także nie jest moim zdaniem w pełni miarodajne. Oceniając poziom inwazji w rodzinach na jesieni, przekonałem się, że zimą nie zawsze ginęły te rodziny, które były mocno porażone przez pasożyta. Zaprzestałem więc wyciągania wniosków na temat zdrowia rodzin wyłącznie na podstawie liczby roztoczy znalezionych w próbkach pszczół. Dla pełnego obrazu kondycji rodziny pszczelej należałoby jeszcze ocenić porażenie dręczem pszczelim czerwiu, odsklepiając 100–150 komórek z poczwarkami. Wykonując tę pracę, możemy przy okazji ocenić zachowanie higieniczne pszczół. Wyboru rodzin do leczenia interwencyjnego można dokonać także na podstawie stanu rodzin ocenianego podczas uważnego przeglądu. Taka ocena wymaga jednak sporego doświadczenia i umiejętności rozpoznania objawów świadczących o procesie chorobowym, grożącym utratą rodziny.

Po trwającym dwa lata okresie przejściowym zaprzestałem leczenia pszczół. Straciłem wówczas dużo rodzin, ale udało mi się odbudować pasiekę. Przydały się tu wcześniejsze doświadczenia z rozmnażaniem rodzin i hodowlą matek. Zaprzestając leczenia pszczół mamy jednak jeszcze inne możliwości ograniczenia namnażania się roztoczy. Podstawowym sposobem jest przerwanie czerwienia matki poprzez utworzenie pakietu (lub odkładu) i przeniesieniu jej do niego, co spowoduje, że po kilku dniach w rodzinie nie będzie już niezasklepionego czerwiu. Słabsze rodziny możemy zasilać pszczołami, czerwiem, miodem czy pierzgą z rodzin zdrowych, które lepiej radzą sobie z inwazją Varroa. Możemy również wymienić w nich matki na te wyhodowane z rodzin, które przetrwały bez leczenia jeden czy dwa sezony, wstawiając np. plaster z młodymi larwami. Rosnącą popularnością cieszą się również różne metody izolacji matek.
W pierwszych latach utrzymywania pszczół bez leczenia stosowałem tzw. model pszczelarskiej ekspansji. Zakłada on jak najszybsze powiększenie pasieki przy wykorzystaniu pszczół, które posiadamy, tak by nowe rodziny mogły prawidłowo rozwinąć się przed nadejściem zimy. Celem takiego postępowania jest utworzenie dużej liczby rodzin narażonych na obecność roztocza Varroa (poddanych presji dręcza pszczelego). Te, które przetrwają zimę uznaje się za oporne na inwazję (czyli posiadające cechy, dzięki którym potrafią z nim egzystować). Jest to więc pewien rodzaj selekcji naturalnej, pozwalający „wyłowić” materiał genetyczny do dalszej hodowli. Jednak jak się okazuje, rodziny, które przeżyły nie zawsze prawidłowo funkcjonują w kolejnym sezonie. Innym rozwiązaniem jest zakup pszczół, które zostały sprawdzone przez kilka sezonów przez innych hodowców. Należy przy tym pamiętać, że pszczoły umieszczone w innych warunkach mogą utracić cechy decydujące o ich oporności na dręcza.

We własnych pasiekach zastosowałem literowe lub liczbowe oznaczenie rodzin, co pomaga mi kontrolować stroną mateczną rodzin i oceniać poszczególne linie pszczół przez wiele sezonów. Chociaż wiem, że strona ojcowska odgrywa decydującą rolę w przekazywaniu odpowiednich genów, to chcąc prowadzić gospodarkę pasieczną zbliżoną do normalnej, muszę bazować na matkach naturalnie unasienionych. Pszczoły, które przeżyły przez wiele sezonów dostarczają mi informacji, która linia radzi sobie lepiej w miejscowych warunkach, a tym samym z jakich linii warto wybierać materiał genetyczny do dalszej hodowli, czyli do namnażania rodzin pszczelich. Do 2020 roku wybierałem zazwyczaj cztery lub pięć rodzin z różnych linii. Stanowiły one źródło przyszłego materiału matecznego i główny trzon pasieki. Wybrany materiał genetyczny namnażałem w jak największej ilości, aczkolwiek starałem się zrobić z każdej rodziny pszczelej, która przeżyła zimę, chociaż jeden odkład z matką posiadającą materiał genetyczny wyjściowej rodziny.
Intensywnego namnażania rodzin i poszukiwania optymalnego materiału genetycznego zaniechałem, gdy stan rodzin w pasiece zaczął się stabilizować. W latach 2016–2020 przeżywalność rodzin sięgała 40 proc. Przełomowy okazał się sezon 2020 oraz 2021, kiedy uznałem, że intensywne namnażanie rodzin pszczelich nie będzie już konieczne. Chciałem zaoszczędzić czas, jaki musiałem poświęcać na te działania i pozyskać więcej miodu. U podłoża tej decyzji leżało pewnie także chwilowe zniechęcenie, ponieważ w tym okresie nie uzyskałem jeszcze oczekiwanego stabilnego poziomu przeżywalności rodzin na poziomie ok. 60 proc.
Podczas kolejnych sezonów, aż do wiosny 2025 roku, ograniczyłem się do powielania materiału genetycznego trzech lub czterech linii. Z każdej z nich tworzyłem jedynie pojedyncze nowe rodziny, zwracając uwagę na status zdrowotny i biologiczny rodziny pszczelej przeznaczonej do podziału. W tym okresie czekałem, aż rodzina sama postanowi się rozmnożyć lub wymienić starą matkę. Korzystałem z mateczników rojowych lub z cichej wymiany. Często też robiłem nieduży odkład ze starą matką, a macierzak wychowywał samodzielnie nową matkę.
Jak już wspomniałem nowe rodziny starałem się tworzyć w czerwcu, po to, by młode matki odbywały loty godowe w drugiej połowie tego miesiąca, kiedy w moich rodzinach było najwięcej trutni. W latach 2021–2025 przeżywalność rodzin wzrosła do 65 proc., czyli osiągnęła zadowalający mnie poziom.
Wspomnę jeszcze, że wykorzystuję także roje pojawiające się w mojej pasiece. W latach 2016–2022 zagospodarowałem 27 roi o różnej sile i jak sądzę, zróżnicowanym materiale genetycznym. Zakładam, że ok. 90 proc. z nich było pierwakami, ponieważ w każdym matki rozpoczynały czerwienie. Z tych rojowych rodzin utworzyłem dodatkowe 24 rodziny, niestety w żadnej nie zaobserwowałem umiejętności radzenia sobie z dręczem pszczelim. Nie dziwi mnie to zupełnie, ponieważ pszczoły rojowe pochodzące z podziału rodzin utrzymywanych w celach komercyjnych (właśnie takie znajdują się w pobliżu moich dwóch pasiek), gdzie leki stosowane są od lat, a matki (materiał genetyczny) wymienia się bardzo często, nie będą posiadać cech, które pozwolą im ograniczać inwazję Varroa. Moje dwie pasieki usytuowane są na skraju dużych kompleksów leśnych, więc teoretycznie istnieje też pewne prawdopodobieństwo, że rójki mogą pochodzić od dziko żyjącej populacji pszczół. Jak dotąd nie miało to chyba jednak miejsca. Większość nowo utworzonych rodzin unasienniam w pasiekach leśnych, gdzie sytuacja wygląda inaczej. Niestety przez ten okres pojawiły się tam tylko trzy rójki, które samoistnie zasiedliły ule. Nie można jednak być całkowicie pewnym, że pochodzą od dziko żyjących rodzin, równie dobrze mogły to być roje, które uciekły z pasiek. Od kilku lat roje dzielę i wprowadzam do nich swój sprawdzony materiał.
Po tych 10 sezonach przekonałem się, że czasami rodziny pszczele, mimo posiadania wydawałoby się „dobrych” genów, przegrywają z prozaicznych powodów, takich jak susza i brak pożytku w kluczowych dla ich dobrego przygotowania do zimy miesiącach – lipcu i sierpniu. O ile pokarm węglowodanowy można uzupełnić chociażby syropem cukrowym, mimo, że nie jest tak wartościowy jak nektar czy spadź, to niestety wartościowego pokarmu pyłkowego nie uzupełni się substytutami w takich ilościach, aby rodzina mogła prawidłowo i nieprzerwanie się rozwijać, zachowując stale wysoką odporność. Nie wykluczam, że czasami do utraty rodzin przyczyniają się popełniane przeze mnie błędy.
EFEKTY DZIESIĘCIOLETNIEJ PRACY
Podsumowując dziesięć lat utrzymywania pszczół bez leczenia, stwierdzam, że jest to ciężkie i wymagające pszczelarstwo. Osiągnąć sukces jest niezwykle trudno. Wielu pszczelarzy, którzy próbowali tak prowadzić pszczoły, przytłoczonych dużymi stratami rodzin zrezygnowało po dwóch, trzech sezonach. Ze swojej perspektywy uważam, że było warto. Na początku nie zdawałem sobie sprawy, że będę musiał poświęcić aż tyle czasu, by uzyskać niedużą, w miarę stabilną populację pszczół potrafiących radzić sobie z dręczem i przynoszącą zysk w postaci miodu. Przez ten okres w moich pasiekach żyło łącznie ok. 500 rodzin, odkładów i rojów pszczelich. Mimo że duża część niestety nie przeżyła, to udało mi się wyselekcjonować pszczoły oporne na inwazję Varroa, które rozwijają się i gromadzą zapasy miodu. Czy uważam to za sukces? Odpowiem twierdząco. Sprawdziłem i wykorzystałem wiele metod by to osiągnąć. Nie jest to sukces komercyjny i niejednego pszczelarza taki sukces zniechęciłby raczej niż zachęcił do kontynuowania pszczelarstwa bez stosowania leków. Niemniej wiem, że jestem jednym z niewielu pszczelarzy w Polsce, którzy mogą z czystym sumieniem powiedzieć, że mają lokalne pszczoły, które sami wyselekcjonowali i którzy potrafią dalej je utrzymać bez leczenia.

Przeżywalność moich pszczół przekroczyła 50 proc. Czynniki, na które należy zwracać uwagę, aby łatwiej osiągnąć cel to lokalizacja pasieki i baza pożytkowa. Warto też pomóc pszczołom w początkowym okresie, stosując naturalne substancje przeciwwarrozowe. Gdy już zdecydujemy się na zaprzestanie leczenia pszczół, próbujmy zmniejszyć presję dręcza poprzez przerwy w czerwieniu matek, tworzenie nowych rodzin, sztuczne rójki czy za pomocą innych metod biotechnicznych. Wykorzystujmy selekcję naturalną, ale prowadźmy także własną na podstawie ustalonych kryteriów. Promujmy rodziny, które przeżywają bez leczenia lub te, które najlepiej wypadają w testach. Starajmy się również pomagać rodzinom w sytuacjach kryzysowych poprzez wymianę matki czy zasilenie czerwiem i pszczołami z rodzin, które umiejętnie zwalczają roztocza. Zaufajmy lokalnym pszczołom, które dużo lepiej radzą sobie w naszej okolicy niż pszczoły sprowadzane z dalekich rejonów.
Mam nadzieję, że mój amatorski wkład w uzyskanie pszczół zdolnych przeżyć bez leczenia będzie dla kogoś pomocny lub zainspiruje przyszłych pszczelarzy naturalnych do poszukiwań swoich własnych rozwiązań. Przy tym wszystkim należy jeszcze pamiętać, że pszczoły są częścią przyrody, a ich głównym zadaniem w ekosystemie jest zapylanie roślin. Produkty pszczele muszą w pierwszej kolejności służyć ich wytwórcom, a dopiero ewentualne nadwyżki może pobrać pszczelarz. Pszczoły lubią budować po swojemu, jeżeli więc stosujemy węzę, to dajmy im trochę swobody, choćby w pojedynczych ramkach. Pozwólmy też pszczołom raz na jakiś czas wychować własne matki – robotnice wiedzą, które larwy stanowią najlepszy materiał mateczny. Nie usuwajmy trutni i czerwiu trutowego, bo nie wiemy, jakie zadania, oprócz prokreacyjnych, mogą one spełniać w życiu rodziny pszczelej. Starajmy się zaglądać jak najrzadziej do uli, a jeżeli musimy, to planujmy swoje działania. Cieszmy się z możliwości obcowania z pszczołami i nie bierzmy wszystkiego zbyt poważnie. Czasami lepiej czegoś nie zrobić niż na siłę wykonywać daną czynność.
Łukasz Łapka, sierpień 2025
