Ogólnopolski plan selekcji pszczół odpornych na dręcza pszczelego – część 1

Artykuł ukazał się w kilku częściach w miesięczniku "Pszczelarstwo". Oto pierwsza z nich, z kwietnia 2020 r.

Część 1, "Pszczelarstwo" 04/2020

Dlaczego selekcjonować?

W jednym z numerów „Pszczelarstwa” przeczytałem takie słowa: „Zmagania pszczelarzy z warrozą trwają już przeszło 30 lat i nic nie wskazuje na to, żeby coś się zmieniło na lepsze. W związku z tym nie pozostaje nic innego, jak dalej toczyć „bój” z roztoczem dotychczasowymi metodami” (Artur Arszułowicz „Weterynaryjne A,B,C...”, „Pszczelarstwo” sierpień 2017r.). Kategorycznie nie zgadzam się z wnioskiem płynącym z drugiego zdania. Skoro przez przeszło trzydzieści lat (zwracam uwagę, że niedługo będzie czterdzieści) dotychczasowa metoda nie przyniosła długofalowych pozytywnych skutków, najwyższa pora zdobyć się na refleksję i inaczej podejść do problemu. Metoda chemicznej walki z roztoczem nie tylko nie przyniosła zmiany na lepsze, ale też spowodowała, że przewidywana długość życia pszczół pozbawionych „opieki” skróciła się, a nam „udało się” zanieczyścić toksynami zarówno środowisko ich życia, jak i produkty pasieczne oraz „wyhodować” jeszcze zjadliwsze patogeny. Choroby pszczół, które w poprzednim wieku nie stanowiły większego zagrożenia, dziś spędzają pszczelarzom sen z powiek. Uważam, że najwyższy czas podejść do problemu od strony biologicznej. Rozumiem przez to stworzenie najkorzystniejszych warunków dla pszczół w pasiekach i ulach, zrównoważenie ekosystemów bakteryjno-grzybiczych, w jakich żyją owady, a także, a może przede wszystkim, zwrócenie się w kierunku selekcji pszczół na coraz lepszą odporność i tolerancję na roztocza.

Odkąd zajmuję się pszczelarstwem, wielokrotnie brałem udział w różnych dyskusjach na temat zarówno sensu, jak i metod zwalczania dręcza pszczelego (Varroa destructor). Pszczelarze prezentują bardzo różne poglądy. Część uważa, że dręcz pszczeli bez najmniejszych wątpliwości przyczyni się do zagłady gatunku pszczoły miodnej, gdy tylko pozostawimy ją bez opieki. Inni uznają, że pszczoły są w stanie wypracować odporność na roztocza, ale zajmie to setki lub nawet tysiące lat. Kolejni twierdzą, że pszczoły mogłyby nawet względnie szybko i w warunkach pasieki wytworzyć mechanizmy odporności na roztocza, ale w tym procesie „zdziczałyby”, zatem praca z nimi byłaby praktycznie niemożliwa, a wyniki ekonomiczne pozostawiałyby bardzo wiele do życzenia. Pozostali, do których zaliczam się i ja, uważają, że wypracowanie odporności to kwestia względnie niedługiego czasu, po którym możliwy byłby powrót do pszczelarstwa bardzo zbliżonego do tego, jakie znamy dziś. Różnica musiałaby polegać przede wszystkim na tym, że o wiele bardziej musielibyśmy zwracać uwagę na biologiczne potrzeby pszczół, przestając łączyć ich wysoką wydajność z dobrym zdrowiem. Gdzieś na tej skali znajdują się poglądy większości pszczelarzy. Obserwacje i badania dzikich populacji pszczół na każdym kontynencie dowodzą, że pszczoły radzą sobie z roztoczem w sposób co najmniej wystarczający, aby zachować zdrowie, zebrać pokarm na zimę i podtrzymać zastępowalność pokoleń (https://link.springer.com/article/10.1007/s13592-015-0412-8). Z każdym pokoleniem zaś dobór naturalny promuje te, które coraz lepiej radzą sobie z dręczem pszczelim. Na świecie mamy też przykłady dochodowych pasiek, z których pszczelarze mogą utrzymywać siebie i swoje rodziny. Z niezrozumiałych powodów, zamiast zastanowić się, jak stworzyć pszczołom takie warunki, w jakich żyją właśnie w tamtych miejscach, wciąż uparcie neguje się ich zdolność do samodzielnego ograniczania populacji pasożyta. Do nieprzekonanych „dla zasady” czy tych, którzy uważają, że ten rodzaj przystosowania wymaga wielu tysięcy lat ewolucji i tak nie dotrą wielokrotnie już wcześniej podawane argumenty. Chciałbym jednak wierzyć, że uda mi się zmobilizować tych, którzy chcieliby podjąć ten trudny temat, ale nie do końca wiedzą jak, albo nie wierzą w swoje znaczenie i możliwości.

Efekt, jaki ma odstawienie tzw. „chemii” przy „standardowo” użytkowanej w pasiekach populacji pszczół – wirus zdeformowanych skrzydeł (DWV)

Chyba jedynymi, którzy tak naprawdę korzystają na obecności dręcza pszczelego są producenci tzw. „leków”. Nie chcę jednak tutaj zgłębiać teorii spiskowych, jakoby lobby producentów pestycydów sprzysięgło się, żeby dostarczać pszczelarzom niedziałających substancji chemicznych, żeby sztucznie podtrzymywać problem warrozy. Dręcz jest po prostu bardzo trudnym przeciwnikiem i nie poradzimy sobie z nim w prosty i bezbolesny sposób. Niestety każde rozwiązanie jest na swój sposób kosztowne i długotrwałe. Wybory przed jakimi stoimy jako pszczelarze są trochę takie, przed jakimi stawali bohaterowie klasycznych greckich tragedii: każdy z nich na swój sposób będzie zły. Stosowanie substancji chemicznych nie służy jednak nikomu: ani pszczołom, ani pszczelarzom, ani klientom kupującym produkty pasieczne. Ostatnie kilkadziesiąt lat dowiodło natomiast niezbicie, że metoda chemicznej walki z roztoczem nie przyczynia się do rozwiązania problemu. Oczywiście nie mam wątpliwości, że dzięki stale prowadzonym badaniom uda się opracować kolejne substancje, gdy te obecnie stosowane przestaną być skuteczne. Być może będą też mniej toksyczne i mniej szkodliwe dla nas czy dla pszczół. Ale nie zmieni to faktu, że będziemy się „kręcić w kółko, próbując złapać własny ogon”. Wydaje się, że w interesie wszystkich byłoby, żeby same pszczoły radziły sobie z chorobami, a umysły pszczelarzy były zajęte przede wszystkim nimi, a nie roztoczem.

Juhani Lunden przy uliku weselnym – fot. Juhani Lunden

Wielu pszczelarzy wkłada olbrzymią pracę w doskonalenie pszczół w trakcie chowu i hodowli. Niektórzy pilnie i z gospodarską troską doglądają rodzin pszczelich, drobiazgowo zliczają naturalny osyp roztocza lub w inny sposób badają stopień porażenia. Często wyniki te przekładają się na wybór metody i intensywność leczenia. Stawiam tezę, że nawet w dwudziestu procentach nie mają odzwierciedlenia w dalszej selekcji pszczół. Nie kwestionuję miłości do pszczół, zaangażowania, wiedzy, doświadczenia i profesjonalizmu tych pszczelarzy. Co więcej, podziwiam ich drobiazgowość i pracowitość – często taką, na jaką mnie osobiście nie stać. Uważam jednak, że ta olbrzymia praca i energia ukierunkowana jest przede wszystkim na poprawę typowo gospodarczych cech pszczół, zaś choroby leczy się dzięki osiągnięciom innych dziedzin nauki i przemysłu chemicznego. Osobiście stoję na stanowisku, że tylko zmieniając priorytety selekcji, a wcale nie rezygnując z dotychczasowego kierunku, dokładnie tą samą pracę i wysiłek można by ukierunkować na systematyczne rozwiązanie problemu. Nawet jeżeli nie udałoby się wypracować ogólnej odporności pszczół na roztocze w przeciągu najbliższych paru, parunastu czy parudziesięciu lat, odwrócenie obecnej tendencji jest możliwe. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że w przeciągu dekady, a najdalej dwóch moglibyśmy się cieszyć dwukrotnie wyższą przewidywalną długością życia pszczół „pozbawionych opieki” i zminimalizować użycie tzw. „chemii” do 15 – 20% tego, co wykorzystujemy dzisiaj. Mówię więc co najmniej o powrocie do tego stanu, który panował w latach osiemdziesiątych poprzedniego wieku. Pozwoliłoby to na prowadzenie zdecydowanie zdrowszego pszczelarstwa. Pszczelarze mogliby ograniczyć kontakt ze szkodliwymi substancjami do minimum i zmniejszyłoby się zagrożenie kontaminacji produktów zarówno toksycznymi substancjami aktywnymi, jak i produktami ich rozpadu. Ponadto, w sposób oczywisty wpłynęłoby to na ograniczenie kosztów prowadzenia pasiek, zarówno w części dotyczącej zakupu „leków”, jak i zmniejszenia nakładów pracy. Dzięki temu również pasieki mogłyby być zdecydowanie bardziej „odporne” na swoiste „zaniedbania” związane z leczeniem pszczół. Przede wszystkim mam na myśli zagrożenia związane z opóźnieniem wykonania zabiegów w przypadku pozyskiwania późnych pożytków, takich jak wrzos czy nawłoć, czy inne, spowodowane na przykład wypadkami losowymi pszczelarzy, które uniemożliwiłyby im wykonanie terminowych kuracji. Natomiast ci pszczelarze, którzy nie chcieliby w ogóle stosować toksyn czy substancji parzących w pasiekach, mogliby liczyć na zdecydowanie niższą śmiertelność pszczół i lepsze wyniki ekonomiczne. Nawet jeżeli całkowita odporność pszczół na roztocze nie jest możliwa w warunkach gospodarki intensywnej (inaczej mówiąc w modelu przemysłowym pszczelarstwa), to już samo odwrócenie obecnej tendencji i zmniejszenie zużycia toksyn w pasiekach jest wystarczającym powodem, żeby podjąć działania.

Uważam, że odpowiedzialnością i powinnością każdego pszczelarza – poczynając od amatora posiadającego kilka pni w ogródku, a kończąc na pszczelarzach zawodowych i hodowcach – jest podejmowanie prac i wyborów sprzyjających zwiększaniu odporności na dręcza pszczelego. Rzecz jasna, każdy powinien ponosić ten wysiłek na miarę swoich możliwości. Od nas wszystkich bowiem zależy nie tylko to, jak wyglądają pasieki dziś, ale także i to, jak będą uprawiać pszczelarstwo przyszłe pokolenia.

Posłużę się pewną analogią, nawiązując do jednej z toczących się aktualnie dyskusji. Jak co rouk w czasie zimy narasta olbrzymi problem smogu oraz wprowadzania do atmosfery gazów cieplarnianych. W mediach poruszane są więc zagadnienia dotyczące zużywania paliw kopalnych i zanieczyszczenia środowiska. I choć oczywiste jest, że nikt z nas nie jest odpowiedzialny za całość złego stanu środowiska czy skażenia atmosfery, to z drugiej strony każdy z nas dokłada to tego „cegiełkę” i ma swój wpływ na całościowy obraz. Możemy więc przeciwdziałać temu problemowi na liczne sposoby – poczynając od wyborów politycznych, kreowaniu podaży na rynku przez „głosowanie pieniędzmi”, poprzez korzystanie z transportu publicznego, lepszą termoizolację domów, wybór metody ogrzewania, a skończywszy na rezygnacji z najbardziej szkodliwych paliw, np. tzw. „mułów węglowych”. Ludzie, których nie stać ani na poprawę izolacji domów czy wymianę pieców, mogą wreszcie nauczyć się właściwie palić w tych najprostszych w taki sposób, aby w możliwe najmniejszym stopniu przyczyniać się do powstawania zanieczyszczeń. Nikt nie odmawia nikomu prawa do ogrzewania swojego domu czy kierowania się przy tym ekonomią. Chodzi raczej o edukację, zrozumienie pewnych procesów, własnych możliwości i wpływu na otoczenie, dokonywanie długofalowych wyborów oraz stworzenie takich warunków, które pozwoliłyby na systematyczne zmniejszanie problemu. Analogicznie, nikomu nie przychodzi do głowy negowanie prawa pszczelarzy do opierania swoich pasiek na kalkulacji ekonomicznej.

Czerw w różnym wieku na plastrze może świadczyć o problemach z matką, ale równie dobrze o tym, że pszczoły czyszczą komórki porażone roztoczami

Uważam, że powinniśmy myśleć o naszej ekonomii pasiecznej w skali co najmniej dekady, a nie najbliższego sezonu. Kiedy mamy kupić coś na raty, zastanawiamy się przecież jaki będzie koszt kredytowania. To samo powinniśmy robić, podejmując decyzje w naszych pasiekach. Jeżeli uznamy, że brak odporności pszczół na roztocza i systematyczne zwiększanie zużycia toksyn w pasiekach są naszymi problemami (chciałbym wierzyć, że każdy pszczelarz tak uważa), powinniśmy się wszyscy razem i każdy z osobna zastanowić nad tym, jak ten problem z sezonu na sezon zmniejszyć. Każdy z nas ma wpływ na populację pszczół, tak jak każdy z nas może ogrzewać dom w sposób możliwie przyjazny środowisku albo palić stare kalosze w tzw. „kopciuchu”. Uważam, że absolutnym minimum, od którego powinniśmy zacząć, to uparte i natrętne dopytywanie hodowców o pszczoły coraz lepiej ograniczające populację roztoczy - a gdy takie pojawią się w ofercie, możemy „zagłosować pieniędzmi” i wykreować odpowiednią podaż. Hodowcy powinni wreszcie zacząć prześcigać się w przedstawianiu oferty matek pszczelich pozwalających na prowadzenie pasieki przy rezygnacji lub zmniejszeniu zużycia „chemii”. Od co najmniej parunastu lat znanych jest przynajmniej kilka cech pszczół związanych z odpornością na roztocze oraz metody ich selekcji. Ale z zupełnie niezrozumiałych powodów do tej pory pszczelarze nie wymusili na hodowcach podjęcia prac w tym kierunku.

CDN

Część 1, "Pszczelarstwo" 04/2020

Bartłomiej Maleta, kwiecień 2020